Jan i Agnieszka Stożek

JAK ZACZĘŁA SIĘ WASZA PRZYGODA Z BRANŻĄ DEKARSKĄ?

Jan Stożek: Pracowałem jako stolarz, cieśla w państwowych firmach. Później się ożeniłem, a mój teść prowadził ciesielkę. Któregoś dnia zapytał mnie, ile zarabiam i zaproponował, że da mi taką samą kwotę za tydzień pracy. Tak się zaczęło i było coraz lepiej. W tej chwili uczę dekarstwa syna i córkę. Córka skończyła technikum i zdała maturę. Kiedy zapytałem, czy idzie na studia, odpowiedziała, że jej to „nie rajcuje” i poprosiła, żeby ją przyjąć do pracy. Żona nie była zadowolona, bo bała się, że córka nie poradzi sobie z tym ciężkim zawodem. Pomyślałem wtedy, że potrzebuję osoby, która wykona małe prace, posprząta budowę, przyniesie łatę, poda gwoździe, żebyśmy mieli łatwiej. I tak to się zaczęło. Spodobało się jej.
Agnieszka Stożek: Chciałam spróbować czegoś innego i tak zostało.

JAK WYGLĄDAŁ RYNEK I BRANŻA, GDY ZACZYNAŁ PAN W NIEJ PRACĘ ZAWODOWĄ?

JS: Miałem dobry start, mój teść był renomowanym cieślą, to ułatwiło mi wejście w zawód. Wszystko starałem się robić lepiej niż on. Wtedy trzeba było wszystko „ciosać od siekiery”, z tartaków nie były przywożone gotowe elementy, trzeba było samemu robić krokwie. Tak nauczyłem się od podstaw wszystkiego. Kiedy Agnieszka zaczęła, renoma była już wypracowana.

W CZYM SPECJALIZUJE SIĘ WASZA FIRMA?

JS: Nie ma takiego fachowca, któremu by wyszło wszystko idealnie, gdzieś zawsze zrobi błąd. Ale taki błąd trzeba umieć później zamaskować. Ma być pewnie, szczelnie i ładnie. Najczęściej zdarzają się błędy projektantów. Papier wszystko przyjmie. Kiedy nie ma kto podjąć decyzji, wtedy ja decyduję, że robimy tak i tak, a potem zawiadamiam tylko projektanta, bo żeby go ściągnąć, musiałbym czekać 2, 3 miesiące. A czas jest bardzo ważny w naszym zawodzie. Lubimy robić wszystkie elementy dachu. Każdą pracę trzeba kochać, bo jeśli się jej nie kocha, to się jej nigdy dobrze nie zrobi. Tak samo, gdy nie wiesz, jak ma smakować zupa, nie będziesz w stanie jej dobrze przygotować. Jak w tym dowcipie, gdy żona ugotowała zupę, a mąż po jej spróbowaniu odparł, że nie da się jej zjeść. Żona podsumowała, że w książce napisali, że jest dobra.

CO WYRÓŻNIA WASZĄ FIRMĘ NA RYNKU?

JS: Jakość wykonywanej pracy, to jest najważniejsze. Od 30 lat nie ogłaszałem się, że szukam pracy. To praca szuka mnie. To jest renoma, dzięki której pracuję non stop z polecenia. W tym momencie mamy listę oczekujących na wykonanie usług dekarskich i terminy wolne dopiero za rok.

JAKI JEST ZASIĘG DZIAŁANIA PAŃSTWA FIRMY?

JS: Cała Polska. Nie podejmuję się pracy za granicą. Co jeśli wyjadę na pół roku i stracę polski rynek? Może być tak, że nie będę miał pracy, bo wszyscy o mnie zapomną. W Polsce jest dobrze, żeby tylko klienci byli wypłacalni. Są tacy, którzy w cenie malucha, chcieliby mieć Mercedesa. Próbują na nas wymusić obniżenie cen.

JAKA JEST RECEPTA NA SUKCES W TEJ BRANŻY?

JS: Robić dobrą robotę, każdy wtedy poleca człowieka.

I TAK JUŻ OD TRZECH POKOLEŃ?

JS: Tak, zaczęło się od teścia. Teraz w firmie pracują dwa pokolenia – ojciec, córka i syn.

CZY TO MA WPŁYW NA WASZĄ PRACĘ?

JS: Ja wyznaję jedną zasadę – rodziną jesteśmy w domu, a w pracy jest szef i są pracownicy. Poza dziećmi zatrudniam jeszcze kilka osób i każda z nich wie, że w pracy nie wyróżniam ani córki, ani syna.
AS: Potem by mnie wytykali palcami, że mam lżej. Nie ma w firmie sztucznego dzielenia obowiązków – robimy, co jest do zrobienia, po kolei, wszyscy po równo. Tato nie jest typem szefa, który chodzi pod krawatem i z neseserem. On jest skupiony na tym, co na dachu. Dzisiaj to już chyba rzadkość.
JS: Po wypadku na budowie, kontuzji obręczy barkowej i tak przyjeżdżałem na budowę. Krew mnie zalewała, bo nie potrafię patrzeć, jak ktoś inny pracuje, a ja nie mogę. Sam bym chwycił za robotę, niestety byłem po operacji

CO ZMIENIŁO SIĘ W FIRMIE, OD KIEDY CÓRKA ZACZĘŁA WSPIERAĆ RODZINNY BIZNES?

JS: Tyle się zmieniło, że są coraz lepsze narzędzia. Nie mamy najlepszego auta, ale pracujemy na nowoczesnych narzędziach, najwyższego standardu.
JAKI JEST WASZ NAJWIĘKSZY SUKCES?
JS: Wykonywaliśmy już bardzo dużo różnych projektów. Największy projekt powstał w Warszawie. Było to 3 500 m2 dachu, podobnie jak tutaj, w szkole w Bibicach, z tą różnicą, że mansardy były zabetonowane i ustawialiśmy wszystkie krokwie na złączach ciesielskich, tak zwanych kątownikach. Był to nowy budynek. Nie lubię tylko zwykłych dachów dwuspadowych. Jeśli dach jest bardziej skomplikowany, zmusza nas do myślenia – gdzie, co i jak wykonać, żeby wyglądał dobrze i nie trzeba go było poprawiać. Niestety, gdy cieśla utnie za krótki kawałek drewna, musi go wyrzucić i pojechać kupić nowy, ze swoich pieniędzy. Tu nie ma miejsca na błędy i nie da się, tak jak w przypadku poprawek ślusarskich, czy spawania, poprawić błędu. Drewna na nowo nie połączysz.
AS: Dla mnie dach szkoły w Bibicach jest pierwszym tak dużym projektem.

ZA CO CENIĄ PAŃSTWO PRACĘ W FIRMIE RODZINNEJ?

JS: Na pewno wszyscy się wspieramy. Każdy ma prawo do wyrażenia własnego zdania. Nie zabieramy pracy do domu, przeważnie wszystko rozwiązujemy na budowie. Często bardzo dużo dyskutujemy o jakimś problemie, a w trakcie pracy okazuje się, że trzeba wszystko rozwiązać zupełnie inaczej niż wynikało z naszych wcześniejszych ustaleń. Każdy fachowiec mówi, że dopiero w trakcie pracy będziesz w stanie powiedzieć, co należy robić dalej.
AS: To, co uzgadniamy, często wcale się nie zgadza z tym, co robimy w praktyce.
JS: Tu chodzi o to, żeby było dobrze, szczelnie i szybko. Wszystko, co robimy, odbywa się z pewną dozą improwizacji. Dlatego też staram się wpajać córce, synowi oraz pozostałym członkom zespołu, żeby po prostu myśleli, rozpatrywali problem po swojemu. Nie ma u nas przeświadczenia, że jeśli szef coś wymyśli, to musi tak być.
AS: Wymieniamy się poglądami, gdy ktoś proponuje zrobić coś inaczej.
JS: Bierzemy projekt i wybieramy po prostu najlepsze rozwiązanie.

CZY CHCIELIBY PAŃSTWO, ABY KOLEJNE POKOLENIA RODZINY ROZWIJAŁY PAŃSTWA FIRMĘ?

JS: W tej chwili myślę, że tak, bo już mam dwóch wnuków, jeden z nich, siedmiolatek, powolutku się do tego garnie.
AS: Fajnie by było, gdyby w przyszłości był to nadal biznes rodzinny.

JAKIE WARTOŚCI POWINNY PRZYŚWIECAĆ FIRMIE DEKARSKIEJ?

JS: Najważniejsza jest jakość wykonywanej pracy.

JAKIE WARTOŚCI POWINNY PRZYŚWIECAĆ FIRMIE RODZINNEJ?

JS: Nie ma żadnej różnicy.

JAK OCENIACIE JAKOŚĆ DACHÓW W POLSCE?

JS: Mam uprawnienia do wydawania opinii technicznych dla dachów wydanych przez Polskie Stowarzyszenie Dekarzy. Zdarza się również, że jestem zapraszany na rozprawy sądowe w charakterze eksperta. Po wydanej przez nas ostatnio opinii technicznej nakazano rozbiór dachu o powierzchni około 500 m2 z blachy tytan-cynk. Niektóre dachy to jest naprawdę tragedia.
AS: Wstyd złotówkę za to zapłacić, a ludzie płacą tysiące.
JS: Ludzie płacą bardzo duże kwoty, a później dach jest do rozebrania i ponownego zrobienia, co rodzi kolejne koszty. W zakresie więźby dachowej mamy rzadko zastrzeżenia, ale jeśli chodzi o pokrycie, obróbki blacharskie, rynny – te często wychodzą źle. Ludzie dzwonią i proszą o poprawki, szczególnie w przypadku obróbki kominów, wyłazów dachowych. W całym roku mam mnóstwo telefonów dotyczących cieknącego dachu, a ja mam miejsce w kalendarzu dopiero na przyszły rok.

JAKIE NARZĘDZIA POLECACIE?

JS: Staramy się po prostu utrzymać wysoki standard. Dawniej była tylko jedna dachówka, kielecka, tak zwana „śnieżka” i eternit. I nic więcej. W tej chwili mamy tyle projektów, że w głowie się nie mieści.

JAKIE TRENDY ZAUWAŻAJĄ PAŃSTWO NA RYNKU?

JS: Te firmy, które są na topie wprowadzają co rok nowe rzeczy, ale zapominają nas zaprosić na szkolenie, które pozwoliłoby nam zrozumieć produkt i jego montaż. Klienci często znajdują coś w internecie i chcieliby takie rozwiązanie zastosować u siebie, a wiem, że nie jestem w tym temacie ekspertem. Automatycznie moja firma traci na wizerunku tak, jak firma, która wprowadza towar na rynek.

JAKI PROJEKT MOŻECIE WSKAZAĆ JAKO WIZYTÓWKĘ WASZEJ PRACY?

AS: Tutaj, szkoła w Bibicach ma dość typowy dach, zlecony przez Budopol. Dach oparty na stalowej konstrukcji, na której jest zamontowana konstrukcja drewniana. Jest to dach mansardowy, w który wmontowane jest dziewięćdziesiąt osiem okien Dakea, cztery klapy dachowe i trzy wyłazy. Do tego znajdziemy tu dość sporo kominków.
JS: Jest jeszcze projekt w Swoszowicach. To był remont dworku. Klient chciał wymienić parę krokiew, a okazało się, że całe drewno było do wymiany.

W JAKI SPOSÓB RADZICIE SOBIE Z NIEZADOWOLENIEM KLIENTA?

JS: Nie ma firmy, która nie spotkałaby się z niezadowolonym klientem, ale ja jestem bezczelny i honorowy. Jeśli ktoś ma niesłuszne zastrzeżenia i nie da się z nim porozumieć, dostaje się w ten sposób na czarną listę PSD, co oznacza, że może mieć później poważne trudności w znalezieniu specjalisty.

W CZYM JESTEŚCIE ZGODNI W PROWADZENIU FIRMY, A JAKIE PERSPEKTYWY RÓŻNIĄ SIĘ OD SIEBIE?

JS: Jak w każdej firmie, zdarzają się małe nieporozumienia, ale dochodzimy do kompromisów. Jeśli chodzi o pomysły, to wszyscy mają szansę się wypowiedzieć.
AS: Tak, teraz coraz częściej, wcześniej było ciężej. Nie raz z Dawidem, moim chłopakiem, mamy jakiś pomysł, na który tata ochoczo się zgadza.

CZYM RÓŻNI SIĘ TRADYCYJNE PODEJŚCIE DO BIZNESU W BRANŻY DEKARSKIEJ OD NOWOCZESNEGO?

JS: Łączymy tradycję i nowoczesność. Tradycyjne wykonanie jest bardzo ważne. To na przykład wychodzi w przypadku, gdy ktoś wprowadza się do nowego domu przed jego dokładnym wyschnięciem. Tynki, wylewki, w których wciąż znajduje się woda mają tendencję do tworzenia skroplin, które często są interpretowane jako na przykład nieszczelność dachu. Taki problem po pół roku oraz osuszeniu ścian, mija. Zawsze tradycja była taka, że po postawieniu domu trzeba odczekać zimę, zanim ktoś się wprowadzi. Tradycyjnie robiło się także „czopy” na mieczach i na słupach w konstrukcji niezamieszkałych strychów, teraz są śruby i wkręty, które działają znacznie lepiej.

CZY SPOTKALIŚCIE SIĘ Z JAKIMIŚ STEREOTYPAMI NA TEMAT DEKARZY?

JS: Na każdej budowie, na jaką wejdziemy, dla każdego kierownika czy pracownika jest to szok. „Jak to? Baba na dachu?”. A ja na to mówię: „Bierzcie się do roboty, bo żaden zięciem nie będzie!”.

JAKA JEST NAJWIĘKSZA INWESTYCJA, JAKĄ OBSŁUŻYLIŚCIE?

JS: Oprócz wymienionych wcześniej, wykonaliśmy także 1 100 m2 dachu szkoły oraz 2 500 m2 dachu sali gimnastycznej w Skale.

WCIELA SIĘ PAN W ROLĘ NAUCZYCIELA ZAWODU?

JS: Staram się jak tylko mogę przekazać swoją wiedzę moim współpracownikom. Gdy ludzie dziwią się, że moja córka pracuje w tym zawodzie, mówię im, że gdy przejmie po mnie firmę, nawet jeśli nie będzie pracować bezpośrednio na dachu, będzie w stanie nadzorować pracę ludzi. Ona udowadnia, że dziewczyna również potrafi to robić.

JAKIE MACIE PASJE PO PRACY?

JS: Kocham rozwiązywać krzyżówki. Przed kontuzją barku aktywnie jeździłem na nartach.
AS: Sport, pływam dwa razy w tygodniu, rekreacyjnie. To dobre na kręgosłup.

ULUBIONY ŻART BRANŻOWY?

JS: Staram się być uśmiechnięty i niestety zawsze mnie bawi głupota. Żartuję w każdej możliwej chwili.
AS: Tata często dogaduje.
JS: Ktoś pyta jednego z pracujących na budowie górali:
– Ile Was pracuje na budowie?
– Z majstrem czy bez? – pyta budowlaniec.
– Z majstrem – pada odpowiedź.
– A to 25!
– A bez majstra?
– Żodyn.